6 czerwca 2026 stanąłem na starcie pierwszego w życiu ultramaratonu kolarskiego- Ultra Duch Puszczy. Jak do tego doszło i jak wyszło? O tym napisałem poniżej.

Prolog

Wiosną 2025 roku kolega podesłał mi linka do Ultra Ducha Puszczy. Przejrzałem, pooglądałem, spodobało mi się. Spodobało mi się na tyle, że kiedy 1 sierpnia 2025 ruszyły zapisy na edycję 2026 to się zapisałem. Do wyboru były trasy szosowe i gravelowe. Szosy nie mam, więc połowa tras odpadła w naturalny sposób. Gravel miał trasy 120, 240 i 360km. Stwierdziłem, że 120km to za mało ambitnie, a 360 to już jest jazda w nocy i chyba nie chcę na pierwszy raz aż tak szaleć. Tym bardziej, że nie miałem towarzystwa i nastawiałem się raczej na jazdę solo. Wybór padł na trasę 240km, która finalnie okazała się 250km 🙂

Nigdy nie przejechałem takiego dystansu longiem. Nigdy nie startowałem w żadnych ultra. Nigdy nie byłem na Podlasiu. Co mogło pójść nie tak? 😀

Akt I – Start

Rzecz działa się na Podlasiu. Start i meta były wyznaczone w Hajnówce.

Do przejechania 250km po podlaskich szutrach. Jak zapewniał organizator najlepsza trasa ze wszystkich dotychczasowych edycji. Czy najlepsza ze wszystkich nie wiem, bo poprzednich nie widziałem, ale ta na pewno była świetna! Mało piachu, dużo szutrów, umiarkowana ilość asfaltów. Lasy, pola, podlaskie wsie… same plusy dodatnie.

Około 6:20 stawiłem się w biurze zawodów żeby odebrać pakiet startowy. Godzinę startu miałem wyznaczoną na 6:48. W pakiecie startowym był zestaw naklejek na rower i kask, tracker GPS i czapeczka. Po oklejeniu się numerkami startowymi przesunąłem się w okolicę linii startu. Organizator wyczytywał kolejno wszystkich uczestników i zapraszał na start. Co 8 minut startowała kolejna dwudziestoosobowa grupa. Kiedy przyszła moja kolej stanąłem na starcie razem z pozostałymi zawodnikami z mojej grupy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że z jednym z nich będę jechał przez większość trasy. Równo o 6:48 wystartował nas Tobiasz Jankowski- organizator oraz Adam Probosz. Pogoda byłą średnio motywująca. Od kilku dni padał deszcz, jeszcze w dzień startu o 4:30 waliło gradem. Mając wizję jazdy 250km solo, moje nastawienie w tym momencie też nie było najlepsze. Mimo to ruszyłem.

Akt II – Trasa

Pierwsze 40km było turbo szybkie, przynajmniej jak na moje możliwości. Puszcza, dużo szutru, niewiele asfaltu i prędkość w okolicach 25kmh. Ten pierwszy odcinek jechałem nieco goniąc 4-osobową ekipę z mojej grupy startowej. Około 40 kilometra zrobili przerwę, ja pojechałem dalej. Założenie miałem takie, że chcę zrobić pierwsze 60-70km bez postojów, żeby maksymalnie wykorzystać „świeżość” po starcie.

Gdzieś w okolicach 50-60km na koło siadł mi Michał i Przemek, potem Michał dał zmianę i tak zaczęliśmy jechać wspólnie. W takim składzie jechaliśmy czasami bardziej czasami mniej wspólnie aż do mety. Po godzinie 9 zaczęło się powoli przejaśniać, miejscami słońce przebijało się przez grubą warstwę porannych chmur. Od tego momentu było już tylko lepiej. Świadomość, że nie jadę całkowicie sam dużo mi dała. Gdyby nie chłopaki, nie wiem czy dojechałbym do mety.

Trasa miała chyba wszystko. Trochę asfaltów, pomijalną ilość piasku, kilka odcinków brukowych, trochę tarki i masę szutrów. Tarka i bruk to było zło, szczególnie jeden fragment tarki był wyjątkowo długi i upierdliwy. Mimo tych niewielkich „utrudnień” cała trasa była szybka i świetnie poprowadzona. Po drodze było sporo punktów, gdzie można było uzupełnić zapas wody. Lokalne sklepy, cerkwie, pitstopy- woda była wszędzie. Podobnie z jedzeniem- po drodze było co najmniej kilka sklepów i 3 punkty kontrolne z przekąskami i jedzeniem.

Duże wrażenie robiło to, że właściwie przez cały czas gdzieś było widać winnych uczestników wyścigu. Przez cały dzień były może ze 2 momenty, gdzie jechałem totalnie sam i nie widziałem nikogo innego.

Akt III – punkty kontrolne

Na trasie gravela 250km był jeden obowiązkowy punkt kontrolny i dwa nieobowiązkowe, nieoficjalne.

Pierwszy punkt nieoficjalny był około 92km, w Ciełuszkach. Koło Gospodyń Wiejskich przygotowało ogrom przekąsek. Kanapki, ciasteczka, kawa, herbata, kompot i ten wielki gar zimnej wody ze studni z cytryną i miętą 🙂 Każdy kto tam się zatrzymywał, zastanawiał się czy jechać dalej, czy może jednak zostać na dłużej.

Po przejechaniu 135km pojawiał się drugi nieoficjalny punkt kontrolny- Alpaki Pituchówka. Tutaj czekały na nas kanapki, pączki i oczywiście zimna woda ze studni, bez ograniczeń 🙂

Te dwa punkty zrobiły przynajmniej 70% klimatu całej trasy. Na pozostałe 30% złożyło się wszystko inne- ludzie, podlaskie wioski, bezkresne pola, lasy, pogoda i… te ostatnie kilkadziesiąt kilometrów przez puszczę, kiedy zapadał już zmrok.

Dużo klimatu całej trasie dawały mijane wioski, w których przed płotami gospodarstw stały podlaskie ławeczki, a na ławeczkach często siedzieli zawodnicy biorący udział w Duchu Puszczy, odpoczywali i rozmawiali z lokalsami. Oczywiście przy ławeczkach odrazu stały wiadra ze świeżą, zimną wodą!

Po 150km dojechałem do Bielska Podlaskiego, gdzie znajdował się jedyny obowiązkowy punkt kontrolny na trasie gravel 250. Był to hotel 4 Pory Roku i było na tyle słabo (szczególnie porównując z nieoficjalnymi punktami), że zwyczajnie pominę to milczeniem. Napiszę tylko, że zjadłem dwa niewielkie kartacze, uzupełniłem wodę, odpocząłem i pojechałem dalej.

Akt IV – ostatni sklep i kryzys

40km dalej, czyli na 190km trasy był ostatni sklep i ostatnie miejsce, gdzie można było uzupełnić zapasy jedzenia i picia. Do mety zostało równe 60km. Zakładałem, że chcę to pokonać w 3 godziny, żeby z jednej strony się nie zajechać na ostatnim etapie trasy, ale z drugiej strony żeby nie zamulać.

Ruszyłem chwilę przed godziną 18. Jechało się świetnie aż do okolic 230km, gdzie dopadł mnie pierwszy i jedyny kryzys na trasie. Złożyło się na to kilka rzeczy. Ostatnie 60km jechałem sam, byłem już trochę zmęczony a do tego trasa leciała cały czas pod taką jednoprocentową górkę. Niby nic, ale jak się tak jedzie kilkanaście km, to ma znaczenie. Do tego świadomość, że to już prawie koniec. Na 230km musiałem na chwilę stanąć i odpocząć, zgodnie z hasłem „dla mnie się nie spieszy”. Kolejny żel, kilka łyków wody, chwila odpoczynku i mogłem jechać dalej.

Epilog

Kryzys minął. Dojechałem do mety. Ukończyłem Ultra Ducha Puszczy na dystansie gravel 250km w 11 godzin 52 minuty netto, 14 godzin brutto. Osiągnąłem wszystkie cele, które sobie postawiłem. Przede wszystkim ukończyłem wyścig. Ukończyłem go delikatnie poniżej zakładanych 12 godzin netto. No i nie byłem ostatni w klasyfikacji!

Trasa była piękna, ułożona tak, że miała wszystko- podlaskie wioski, puszcze, pola, lasy, trochę asfaltu, trochę tarki, deczko piasku, deczko bruku i dużo, dużo podlaskich szutrów. Poznałem fajnych ludzi, zaznałem podlaskiej gościnności w Ciełuszkach i u Alpak Pituchówka.

Czy chciałbym wrócić na Ducha? Chyba tak. Czy za rok? Raczej nie. Na scenie gravelowej jest masa różnych imprez. Dlaczego ograniczać się tylko do jednej? Chciałbym sprawdzić inne, żeby mieć porównanie. A jak już spróbuję innych, to wtedy będę mógł się wypowiedzieć, czy Duch jest najlepszy, czy może ma jakąś konkurencję 🙂